Zważywszy na nasz samolot w następną noc, nie mogliśmy już dłużej zostać u Mario. Zostawił nam jednak klucze do mieszkania, więc mogliśmy je opuścić o dowolnej godzinie. Rano wybraliśmy się na poranne bieganie po wyspie. Zawsze gdy jestem gdzieś w jakimś nowym miejscu, staram się znaleźć sobie chociaż jeden poranek lub wieczór, w którym pobiegam po okolicach. "Utrzymam formę", a przy okazji pozwiedzam miejscowe osiedla i pola, obserwując, jak życie wygląda tu na codzień.

Ten post jest jednym z pięciu postów z cyklu opowiadań z naszego pobytu na Malcie. Jeśli trafiłeś tu przypadkowo i chcesz przeczytać go od samego początku, przejdź do dnia pierwszego.

Tak nawiasem. Jeśli zamierzacie praktykować jogging w lipcowym upale na Malcie, uważajcie, aby nie pobiec za daleko, tak jak my. Mieliśmy biegać godzinę, robiąc kółko po nadmorskim mieście i z powrotem. W rzeczywistości zmęczyliśmy się po 30 minutach (upał + było pod górkę ;>), a kolejne dwie godziny szliśmy pieszo. Troszeczkę pomógł nam jednak autostop, dzięki którym ostatnie kilka km pod górkę przejechaliśmy samochodem.

Widoczki podczas biegania Spory odcinek północnego wybrzeża na Gozo wygląda właśnie tak. To sposób wydobywania soli z morza, który opracowali starożytni rzymianie. Na Malcie korzystają z niego aż po dziś dzień.

Będąc z powrotem w mieszkaniu naszego hosta, wzięliśmy szybki prysznic i ruszyliśmy dalej w drogę. Dziś znowu chcieliśmy trochę pozwiedzać. W naszym "programie zwiedzania Malty" zostały nam jeszcze dwa elementy do odhaczenia. Budownictwa zakonu maltańskiego ujrzeliśmy już w Valletcie. Jedną z pięknych maltańskich plaż odwiedziliśmy wczoraj na Comino. Dzisiaj zostało nam: ujrzenie prawdziwego klifowego wybrzeża i zwiedzenie jednej z wielu zlokalizowanych na Malcie prehistorycznych świątyń.

Pierwszy element programu zaliczyliśmy jadąc nad tzw. Lazurowe Okno, czyli Azure Window. Zdjęcie poniżej. Podobno w przeciągu kilku najbliższych lat Okno może całkowicie się zawalić pod wpływem erozji - dlatego tym bardziej zależało nam aby to ujrzeć, "póki to jeszcze stoi".

Lazurowe Okno (the Azure Window) Widok w głąb wyspy

Drugi element programu, czyli prehistoryczne świątynie, zaliczyliśmy zwiedzając świątynie Ggantija, zaliczane do najstarszych wolno stojących budowli na świecie. Świątynie można było zwiedzić "od środka" chodząc po ścieżkach między kamieniami, które ułożone zostały tu nawet aż 5800 lat temu. Było też małe muzeum archeologiczne, gdzie można było obejrzeć przedmioty wydobyte z tamtego okresu, a także filmy i materiały audiowizualne opisujące historię świątyni.

Zdjęcie z https://pl.wikipedia.org/wiki/%C4%A0gantija

Wyobraźnię poruszyły u mnie dzieła malarzy z XIX wieku, które podróżująca i "szukająca korzeni Europejskiej kultury" arystokracja zleciła, aby za pomocą obrazu uchwycić piękno tych ruin i być może przekazać je dalej do mieszkańców na kontynencie.

Wtedy jedyne co tutaj można było znaleźć to ledwo odkryte ruiny świątyń i otaczająca ją roślinność. Na obrazie brak jest jakichkolwiek rusztowań, budynków, czy innych efektów działań nowożytnego człowieka. Co musiały czuć osoby odkrywające to miejsce to po raz pierwszy, prawdopodobnie tylko na podstawie plotek podsłyszanych w karczmach i historii wyciągniętych z pradawnych książek? Nie wiem. Ja "odkryłem" to miejsce w ten sposób, że przeczytaliśmy o nim w Wikipedii i przewodniku. Eh.

'The Xagħra Stone Circle' - Charles Brochtorff, 1825

Maltańska Ibiza, czyli klubbing w Paceville

Na wieczór skierowaliśmy się z powrotem w kierunku Valletty, ale tym razem do miasta położonego jej nieopodal: St. Julian's. Umówiliśmy się z poznaną tu trzy dni temu polką, że powtórzymy scenariusz, który mieliśmy we wtorek - najpierw winko nad morzem (tym razem w romantycznej przystani łódek z pomnikiem LOVE), a później skoczymy do maltańskiej dzielnicy klubowej, Paceville.

Zdjęcie przystani i pomnika miłości. Źródło: TripAdvisor

W tamtej dzielnicy i klubach byliśmy już tak na prawdę we wtorek wieczór, po Isle of MTV. Wtedy było świetnie, a główna ulica w Paceville robiła wrażenie. Klub zbudowany na klubie. Dosłownie, bo czasami jeden klub jest na parterze, a kolejny znajduje się na następnych dwóch piętrach. Jakby tak te kluby policzyć, to pewnie w sumie jest ich tu z dobre 20 (wszystkie na jednej ulicy, która ma zaledwie z ~100 m!). Z każdego wydobywa się typowa dla licealno-studencko-wakacyjnych imprez muzyka. Wszędzie mnóstwo ludzi - ledwo da się przejść. Do każdego klubu co chwilę nawołuje jakiś lokalny, oferując "okazyjne zniżki" na drinki.

Szczerze? We wtorek całkiem nam się podobało, bo nie było zbyt dużo osób. Swodobnie można było przemieszczać się między klubami, muzyka była całkiem znośna i nadawała się do tańca, a wszędzie było troszeczkę miejsca na parkiecie. W czwartek za to nie dało się tu kompletnie ruszyć. Cała ulica i kluby pełne były 18-19 latków, którzy w dzień są tu pewnie na obozie językowym lub wakacjach z rodzicami. Muzyka natomiast była owszem w studencko-wakacyjnych klimatach, ale z utworami słyszanymi w radiu 5 lat temu, które wszystkim się już przejadły. W tamtym momencie zatęskniliśmy za poznańskimi DJami ;)

Ciężko mi stwierdzić, czemu w czwartek tak bardzo nam się to miejsce nie podobało. Może trafiliśmy po prostu na kiepski dzień (ktoś z Maltańczyków ostrzegał nas, że nie ma tam co iść w pt/sob, kiedy jest masa ludzi). Może byliśmy już za starzy, bo średnia wieku to było na prawdę ~18-19 lat. A może po prostu brakowało nam alkoholu? W każdym razie, postanowiliśmy zakończyć wieczór niedługo potem i o 5 rano znaleźliśmy się na lotnisku.

Zdrzemnęliśmy się jeszcze na dwie godziny. Powiedziałbym, że byliśmy już myślami we Włoszech (po Malcie lecieliśmy do Wenecji), ale o 7 rano zaskoczyła nas jeszcze sportowa reprezentacja Malty, chyba od piłki nożnej. Wracali z jakiegoś meczu i na lotnisku pojawiła się całkiem pokaźna grupa, wiwatująca i bijąca oklaski na widok każdego kolejnego zawodnika wychodzącego z hali przylotów.

Ciąg dalszy: Podsumowanie Malty, czyli kolejna gorąca destynacja na wakacje.